Surrealizm po polsku

Opublikowano: 6 stycznia 2007. Kategoria: Bez kategorii. Tagi:

Święta, święta… i po Sylwestrze. I znów to samo. Chybione pomysły odznaczają się podobnymi właściwościami co bumerangi. Co jakiś czas wracają licząc na to, że tym razem ludzie zgłupieją i dadzą się wciągnąć. A może by tak założyć Narodowy Bank Głupich Pomysłów? Oto kilka noworocznych kandydatów.
Budżetowanie i trzymanie się potrfela to chyba jakaś polska przypadłość. Telewizja Polska znaczy się publiczna wciąż nie może dojść do ładu z budżetem. Kasa wycieka tam tak wielkim strumieniem, że przydałby się porządny hydraulik (najlepsi są we Francji, niedużo biorą, głównie to Polacy). Powody mogą być dwa – pazerność lub brak umiejętności kontrolowania wydatków. Co gorsze, nie bardzo wiadomo.

Wiadomo za to, że przez kilkanaście miesięcy nikt w TVP nie wpadł na nowy pomysł (lub pod nowy pomysł). Wyciągnięto za to dwa zatęchłe: sprawdzanie książeczek abonamentu w domach obywateli i podwyżkę cen reklam. Dziwne, że nikt wpadł jeszcze na podwyższenie abonamentu :) Na sprawdzanie książeczek nikt rozsądny się nie nabierze ("a masz nakaz rewizji, frajerze?"), nawet jeśli sprawdzający zostaną przeszkoleni z technik sprzedaży bezpośredniej. "Stopa w drzwi" ma wyglądać tak. Na wstępie bardzo miły ton, rozmowa przez drzwi zaczyna się od pytania czy lokator jest zadowolony z usług poczty. Standardowa odpowiedź: "jak cholera". Potem sprawdzacz musi nawiązać przyjazną konwersację i przejść przez próg. Aż bierze ciekawość, jak to wyjdzie w praktyce. Akcja podobno rusza za kilka dni, więc jeśli odwiedzi Cię taki sprawdzacz, to go wymęcz głupimi odpowiedziami i pytaniami, a potem podeślij nam do redakcji raport. Pośmiejemy się wspólnie :)

Bardzo cenimy sobie e-biznes (jakżeby inaczej, z taką nazwą), ale mit o niebotycznej sprzedaży w Internecie jest martwy już od kilku lat. Tymczasem w Polsce zaczyna się tworzyć bańka o tłustych latach polskiego biznesu internetowego. Co ciekawe, za taki biznes uważa się wyłącznie sklepy (niezrozumiałe), a bańka tworzy się na podstawie wyników sprzedaży. Chyba nie pomoże logiczne przypomnienie z ekonomii, że sprzedaż a zysk to dwie różne rzeczy, a Amazon dopiero niedawno osiągnęło jakikolwiek roczny zysk ze sprzedaży. Ale co tam logika.

Z każdym rokiem co bardziej inteligentni ludzie walczą o upraszczanie języka biznesowego. Wydają książki pisane prostym językiem, mówią zrozumiale w telewizji i piszą trafiające pod czepeczki artykuły. W ten sposób te osoby budują sobie świetną markę prawdziwych fachowców, a nie pseudofachowców. Na pewno znasz kilka takich osób. Mimo to ciągle pozostaje spora grupa, która sądzi, że im bardziej żargonowa wypowiedź, tym lepszy efekt. Może chodzi o śmieszny efekt? Nie do końca wiadomo. Za to autorów takich kwiatków powinno się wysłać na księżyc (chcesz nazwiska, to sobie wygugluj cytaty): "innowacyjnego narzędzia wspierającego procesy analiz i planowania kampanii telewizyjnych, uwzględniającego wpływ czynników o charakterze jakościowym na efektywność kampanii reklamowych w telewizji" (ke pasa?) lub "Korzystamy z rewolucji, która objawiła się w postaci zjawiska zwanego Web 2.0." (podwójne ke pasa?).

Nowoczesne społeczeństwo coraz silniej domaga się głosu w ważnych sprawach (zakupy, urzędy, korzystanie z mediów). Tradycyjne podejście chwieje się, ale wciąż udaje, że to tylko deszcz pada… Stowarzyszenie Polska Młodych przygotowało projekt zmian w prawie wyborczym, których celem jest stworzenie warunków do wprowadzenia w Polsce wyborów przez Internet. Owszem, trzeba zbudować system i infrastrukturę. Owszem, trzeba zapewnić ochronę. O jedno martwić się nie trzeba – o frekwencję w takich wyborach. (I to tutaj leży pies pogrzebany, bo przecież politykom nie zależy na wysokiej frekwencji. Im więcej osób głosuje, tym bardziej trzeba się starać o te cenne punkty procentowe.) Projekt wymaga więc pracy, ale idzie w dobrym kierunku. Tymczasem specjaliści (żeby nie napisać pseudospecjaliści na ciepłych posadkach) już zaczęli kiwać nosami. A to że nie da się zapewnić tajności i weryfikowalności głosów oddanych elektronicznie. A to że maszyny do głosowania zawsze muszą zostawiać ślad na papierze. A to że jest duże ryzyko fałszerstw elektronicznych. Jasne, a w wyborach w realu nie ma fałszerstw, a głosy oddaje się tajnie. A w ogóle to nie jest możliwe, a wybory na Łotwie to wroga propaganda. Sweet dreams. Trzymamy kciuki za Stowarzyszenie i na pewno jeszcze nieraz znajdzie się ono w naszym cotygodniowym felietonie.

e-biznes.pl, 2007

Mariusz LudwińskiSurrealizm po polsku

Podziel się!

O autorze

mariusz