Jeden z największych sprzedawców detalicznych w światowej sieci – firma Amazon – zapowiedziała uruchomienie wirtualnego sklepu z filmami.
Nowa usługa będzie działała na zasadzie video-on-demand. Użytkownik wejdzie na stronę internetową, wybierze jeden z dostępnych tam materiałów filmowych, zapłaci i uzyska za to prawo do jednokrotnego obejrzenia pliku. W bazie znajdzie się 40 tysięcy pozycji.
Wielu amerykańskich blogerów nazwało decyzję Amazonu przełomową. Nie zabrakło jednak głosów krytyki. W tym tonie wypowiedział się Don Reisinger z Mashable. Stwierdził, że darmowe filmy dostępne w sieci powinny być zasadą, a nie wyjątkiem.
Reisinger wyjaśnił: Na pierwszy rzut oka pobieranie opłat za każde obejrzenie wydaje się być dobrym pomysłem na stworzenie stabilnego, pewnego źródła dochodu. Ale w dłuższej perspektywie to zła koncepcja. Bloger powołał się na przykład witryny Hulu, która udostępnia niektóre znane produkcje za darmo. Utrzymuje się z reklam.
Niestety większość bazy Hulu to mało znane albo po prostu kiepskie filmy. Ale gdyby na tych samych zasadach udostępnić kasowe hity generowane przez nie przychody reklamowe byłyby astronomiczne – pod warunkiem wprowadzenia tytułu do sieci tuż po zakończeniu projekcji kinowych.
Jednocześnie można by zacząć stosować mniej inwazyjne formy marketingowe – zrezygnować ze znanych z telewizji przerw reklamowych i zastąpić je formami typu overlay (półprzezroczystymi paskami widocznymi na dole ekranu). Taki mechanizm przyciągnąłby znacznie więcej widzów niż pay-per-view. Wielu użytkowników sieci podchodzi bowiem alergicznie do wszystkiego, co jest płatne.
Źródło: Mashable

