Listen to the wind of change

Opublikowano: 24 października 2007. Kategoria: Bez kategorii. Tagi:

Mam cholerną satysfakcję. Słyszałem wiatr zmian już dawno. A teraz z bananem na twarzy obserwuję jak zmienia się system zarabiania na kulturze. Nadchodzi wolność kultury.
Ach ten nieśmiertelny kawałek Scorpionsów…

Znudzony skakałem wczoraj po kanałach telewizora. Nowy premier nie może się zdecydować z kim chce, a z kim nie chce. Big Brother coś tam. Na Discovery skończył się Amerykański Chopper, a ochota na oglądanie meczów piłkarskiej Ligi Mistrzów przeszła mi już parę lat temu. Znudzoną ręką sięgnąłem po program telewizyjny. Zamiast na programie na wtorek, Teletydzień otworzył się na jednej ze stron zawierających plotki o gwiazdach. I tam był ten news.

Madonna odeszła od wytwórni Warner i związała się z agencją Live Nation. Umowa przewiduje wydanie trzech płyt, trasy koncertowe, sesje fotograficzne. Standard. Tyle że agencja Live Nation to organizator koncertów, a nie wytwórnia płytowa.

Przeczytaj jeszcze raz.

Organizator koncertów, a nie wytwórnia płytowa.

Można psioczyć na muzykę Madonny i jej styl polegający na braku stylu i ciągłym pościgu za aktualnymi trendami, ale nie można jej odmówić braku zmysłu biznesowego i umiejętności liczenia. Madonna usiadła i dokładnie policzyła. Przychody ze sprzedaży płyt – tyle i tyle. Przychody z koncertów – tyle i tyle. No i wyszło jej, że lepiej będzie skupić się na koncertach, aby przychodziło jak najwięcej ludzi. A płyty? Ot, miły dodatek i… uwaga… element promocji koncertów.

Płyta jako element promocji. Już nie samodzielny, pełnoprawny produkt.

Odejście od produktów. Skupienie się na emocjach i doświadczeniu.

Nie wspominając o wyższych marżach i ogólnych zyskach.

Ok, ale to Stany i Madonna, która sprzedaje się w milionach egzemplarzy. Co to znaczy dla garażowej kapeli punkowej z przedmieść Katowic?

Dokładnie to samo. Kiedyś marzeniem zespołów było dostanie się do wytwórni i wydanie płyty. Potem następował żmudny, ale konieczny etap promowania płyty na koncertach. Potem kolejna płyta i tak dalej.

Teraz mamy zwrot o 180 stopni.

Czy Madonna będzie udostępniać swoje płyty za darmo albo za minimalną kwotę prosto przez Internet? Niewykluczone. Szybko zrozumie, że im więcej ludzi posłucha jej piosenek, tym więcej ludzi będzie chciało przyjść na jej koncert.

Czy w Polsce zespoły mogą zrobić tak samo? Oczywiście. Im szybciej sprytne zespoły to zrobią, tym lepszą wyrobią sobie pozycję wśród fanów.

Skończy się promocja tandety. Szeroki dostęp do muzyki wyeliminuje tandetę, bo szkoda będzie na nią czasu. Świetni muzycy będą jeszcze bardziej znani.

A teraz krok naprzód.

To samo stanie się z filmami. Ściągnięcie z netu jest owszem fajne. Można obejrzeć 20 filmów i znaleźć prawdziwą perełkę. I na tę perełkę wybrać się do kina. Ale wybranie się z kimś z domu do kina jest lepsze. Przy okazji można pogadać. Coś przekąsić. Pochodzić po sklepach, jeśli kino jest w centrum handlowym. Zupełnie inny klimat. Zupełnie inne doświadczenie.

Tylko kina muszą zrozumieć, że raczenie widzów 30 minutami reklam przed emisją filmu nie jest normalne. I dystrybutorzy muszą zrozumieć, że ludzie chcą chodzić na różne filmy, nie tylko te sprowadzane do Polski. Na szczęście digitalizacja kin postępuje szybko. Sprowadzanie filmów z DVD lub Blu-raya jest o wiele tańsze w dystrybucji. Problem z polskimi napisami? Oj, bo parsknę śmiechem :D Nie trzeba było szczuć fanów policją.

Krok dalej.

To samo stanie się z książkami. Na początku nie ze wszystkimi – słowniki i encyklopedie na pewno pozostaną. Powieści będą dystrybuowane w Internecie w odcinkach tak jak seriale telewizyjne. Żaden problem wykupić abonament i czytać feedy ulubionej powieści lub autora.

I na pewno tak się stanie w przypadku literatury biznesowej. Pozostaną wydania ekskluzywne. Pozostaną kieszonkowe wersje do czytania po drodze typu flashbook.pl. A wszystko pośrodku zmieni się w instrument promocji – książki będą promować wykłady i warsztaty autorów. Promocja książek stanie się wysmakowana i subtelna, a książki lepsze, gdy każdy będzie mógł przeczytać tyle ile mu się uda. Po krótkich zachwycie nauczy się cenić swój czas i odróżniać tandetę od diamentów.

A autorzy będą zarabiać na warsztatach, konsultacjach i doradztwie dla biznesu. Skończy się pisanie o niczym i przeżuwanie tego, co wymyślił ktoś inny. Rynek będzie wymagał oryginalności i osobowości.

Same konferencje też przejdą metamorfozę. To już nie będą nudne nasiadówy. Uczestnicy nie będą musieli wymyślać setek sposobów na ukrycie ziewania. Będzie je można oglądać przez Internet np. dzięki systemowi www.konferencjetv.pl. Nudny mówca – nic prostszego, wystarczy jeden klik. Nie trzeba telepać się przez pół miasta i stać w korkach. A na te naprawdę dobre konferencje, gdzie występują porywający i rzeczywiście mądrzy eksperci można wybrać się osobiście, by z nimi porozmawiać i spotkać znajomych. Tandeta nie przeżyje tej zmiany, dlatego tak bardzo z nią walczy.

Ale to daremne.

Wiatr zmian nadszedł. Nieodwołalnie. Super :D

e-biznes.pl, 2007

Mariusz LudwińskiListen to the wind of change

Podziel się!

O autorze

mariusz