Nowy Rok, a świat wciąż się kręci. Każdego dnia przynosi stertę nowych wiadomości, a niektóre firmy bez wytchnienia usiłują utrzymać swoją obecność w mediach.
Szczególnie bryluje w tym Google, które co i rusz oznajmia, że wchodzi na rynek z nowym produktem. Lub, tak jak w tym przypadku, dementuje informacje o tym, że wchodzi z nowym produktem. O co chodzi? No właśnie żeby był szum. Ziarnko prawdy w tym może być, ale cicho sza, bo konkurencja nie śpi.
Tym razem jest to urządzenie elektroniczne (palce nie chcą wystukać na klawiaturze słowa 'komputer'), które ma służyć tylko i wyłącznie do korzystania z Internetu, a właściwie tylko do surfowania po zasobach www. Ten sprzęt to duże wyzwanie, ale nie tyle pod względem technologicznym (choć Google zapowiada autorski system operacyjny), ale marketingowym.
Żeby sprzedać takie urządzenie nie wystarczy wrzucić je do hipermarketów i reklamować jako 'najnowszy krzyk techniki'. Trzeba skupić się na odbiorcach, którymi powinni być ludzie, którzy nie chcą lub nie mają umiejętności bawić się skomplikowanymi Windowsami (zwisy, wirusy, dziury) w celu sprawdzenia poczty. System obsługi urządzenia musi być banalny – włączasz i działa. Bez żadnego ustawiania parametrów czy otwierania aplikacji. Równie proste powinno być wyszukiwanie. Tutaj Google mogłoby się wysilić na odejście od wyszukiwarki i stworzenie nowego interfejsu – może graficzny (GUI), żeby użytkownicy nie musieli wpisywać żadnych adresów. Takie przeglądanie Internetu jest możliwe – przypuszczalnie Google wykorzysta w tym celu własną wyszukiwarkę do dostarczania contentu, zaś rolą użytkownika będzie wybór strony, na którą wejdzie z tych, które zaproponuje wyszukiwarka. Jakaś klawiatura będzie potrzebna do maili, ale przeglądania www absolutnie nie.
Jest jeszcze jeden aspekt, którym w tym produkcie Google nam zaimponował. Chodzi o pewien aspekt budowania marki zwany branchingiem. Branching polega na ustanowieniu nowej kategorii produktów, która wyodrębniła się z istniejącej kategorii, nie zaś powstała przez połączenie kilku kategorii w jedno. Google nie próbuje stworzyć monstrum zarządzającego rozrywką w domu (telewizor, wideo, DVD, konsola do gier, lodówka, mikrofala, spłuczka w toalecie) co usilnie wciska nam Microsoft (a raczej Bill Gates, dla którego jest to marzenie życia). Google skupia się na zdobyciu pojedynczej gałęzi, a nie całego drzewa. I za to należą się mu słowa uznania.
Nowy Rok jeszcze na dobre się nie rozkręcił, a już okazał się szczęśliwy dla dziennikarzy. Nie trzeba bowiem bać się nazwać kogoś przestępcą, ponieważ przestępca nie musi zostać skazany przez sąd – wystarczy złamać prawo, np. przejść przez ulicę na czerwonym świetle. Czy już żyjemy w kraju o współczynniku przestępczości 100%? Nie trzeba też bać się podawania skandali i przekrętów, ponieważ wystarczy użyć sformułowań 'załóżmy, przypuszczalnie, prawdopodobnie, spekuluje się'. W tej sprawie wypowiedział się sąd, więc informacja jest pewna (Super Ekspress był oskarżony, ale wygrał sprawę). A jeśli w jakiejś sprawie poczujemy się oburzeni (niezależnie czy słusznie, czy też nie), zawsze możemy wysłać list, w którym to oburzenie przekażemy. Byle trzymać się kanonów kulturalnej wypowiedzi, a wszystko będzie ok. Na odpowiedź trudno się nastawiać, ale chociaż można wylać żale na papier i bezpośrednio dostarczyć powodowi owego żalu. Ewentualnie taki list można opublikować w gazecie.
A z mniej poważnych rzeczy – będzie telefon dedykowany Skype (żegnajcie operatorzy komórkowi z księżycowymi cenami), lekarze udzielają konsultacji przez GG, powstał projekt abonamentu na legalne ściąganie przez Internet. O tym ostatnim pomyśle szerzej zastanowimy się za tydzień. Temat jest kontrowersyjny, ale ma swoje plusy. Do zobaczenia!
Autorzy: Renata Grunert & Mariusz Ludwiński
e-biznes.pl, 2006

